Archiwum 06 maja 2003


maj 06 2003 to spowiedź...
Komentarze: 3

bo tyle mnie bedzie kosztowala. To esencja tego jak bardzo Cie potrzebuje, bardziej niz kiedykolwiek. Od jakiegos czasu przezywam autentyczny kryzys osobowosci zwiazany z tym, ze boje sie swojej przyszlosci, mam wrazenie ze czas mi ucieka, przecieka miedzy palcami, boje sie ze nie jestem w stanie sprostac dzisiejszemu swiatu, ze sie w nim nie odnajde, ze nie bede umial pogodzic wlasnych uczuc i wyobrazen na temat moich priorytetow z rzeczywistoscia. Boje sie tez po czesci tego, ze juz wielokrotnie zawiodlem wielu ludzi, ze bardzo wielu z nich odnosi doskonale wrazenie z mojej osoby ale niestety gdy poznaja mnie lepiej widza, ze jestem pelen wad, ze nie do konca jestem taki wspanialy jak im sie na poczatku wydawalo, ze potrafie zawiesc ich oczekiwania i ze nie jestem zadnym osmym cudem swiata. Prawda jest taka, ze gdziekolwiek sie pojawie i naprawde chce zrobic wrazenie to przewaznie mi sie udaje, ale w srodku wiem jak cholernie jest to powierzchowne, jak niewiele w tym jest autentyzmu. Nawet przeciez w pewnym stopniu Ciebie Kochanie takze to dotknelo. Czesto chce byc takim jakiego mnie inni chcieliby widziec. Dla kazdego inna maska, dla kazdego inny rodzaj usmiechu, zlosci. Czasem sie w tym gubie i z przerazeniem stwierdzam, ze na palcach jednej reki moglbym policzyc osoby, ktore mnie naprawde znaja. Nalezysz do nich, wiesz jakie sa moje wady, umiesz oddzielic, wyluskac prawde jak ziarno z przekolorowanej lupiny. Juz dawno przestalem robic na Tobie spektakularne wrazenie, przestalem brylowac, udawac ze jestem bardziej cool niz naprawde jestem, a Ty... hmm, Ty wciaz mnie kochasz i gdy mowisz za co, to wiem, ze kochasz mnie wlasnie za to co jest prawda o mnie. Nie mniej, mimo, ze jestes najwazniejsza osoba mojego zycia, chcialbym zeby inni tez zadawali sobie trud dotarcia do mojego prawdziwego ja. Ja, faceta, ktorego przerazaja niektore rzeczy, ktorego czasem tez trzeba wesprzec, sprowadzic na ziemie, przywolac do pionu, opieprzyc... W pewnym sensie, to jaki dzisiaj jestem, to jak latwo przeslizguje sie przez zycie jest wina tych wszystkich, ktorzy mi na to pozwalali no i oczywiscie moja, ze nie umialem w pore wyprostowac wlasnego kregoslupa moralnego. Teraz jest trudno, bardzo trudno. Pracuje, studiuje, mam znajomych, malo przyjaciol, zycie biegnie do przodu, a ja sie z niego wcale nie ciesze. Gdyby Ciebie nie bylo... Zycie z Toba to moj wielki cel i nie wiem czemu mam wrazenie, ze od niego sie zacznie cos na nowo, cos - wszystko! Ze dzieki Tobie bede umial wiele rzeczy zrobic lepiej, sprawniej i bardziej sie z ich osiagniecia bede cieszyl. I nie jest to myslenie np. P. - ze ja bez Ciebie nic nie umiem, nie moge sobie znalezc miejsca i musisz byc ciagle przy mnie. To nie tak. Po prostu nie widze nic zlego w tym, ze jestes moja mobilizacja, motywacja, ze chce cos zrobic ze swoim zyciem bo kiedys ono stanie sie duza czescia Twojego. Chce zebys byla ze mnie dumna, ale chce tez sam w sobie czuc, ze wiem z czego jestes dumna. Moze rzeczywiscie osiagnalem wiecej niz inni w moim wieku, ale dla mnie to wciaz za malo. Chce zebys wiedziala ze poswiecasz swoje zycie czlowiekowi, ktory na to zasluguje, ktory jest Ciebie godny, ktory bedzie szedl przez to zycie obok Ciebie, a nie za Toba. Mysle, ze mimo tych rozterek jestem Mezczyzna i bede umial sprawic zebys sie czula kobieta, ze bede umial Tobie pokazac prawdziwe ja Mikolaja G. Zastanawiam sie tylko czy bede umial to zrobic z innymi ludzmi... Przeciez nie mieszkamy na bezludnej wyspie. Wiem, czuje, ze musze sie nauczyc wychodzenia poza samego siebie, poza przekonanie o wlasnej wyselekcjonwanej naturze i wyjatkowosci, oparte tylko na tym, ze cos tam osiagnelem i ze Bozia nie poskapila mi rozumu. Wiem, ze musze nauczyc sie zyc wsrod ludzi, porzucic nature egoistycznego samotnika, wiem ze nie moge sie skupic tylko na Tobie i wyjsc troche do ludzi i pokazac im siebie w oryginalnych kolorach bo jesli nie zrobie tego w pore to zamecze najpierw Ciebie, a potem siebie. Nikt nie obiecywal, ze bedzie latwo, ale jednego jestem pewien - musze stac sie czescia calosci, grupy, zespolu, paczki, ludzi na co dzien i to sie musi stac nim zaczniemy nasze zycie razem. Miliony mysli krazy mi w glowie, czuje straszna pustke, czuje ze przez swoja arogancje w stosunku do ludzi, ktora co prawda czesto byla obrona na ich ofensywe, przestalem byc potrzebny, przestalem potrzebowac tych ludzi... A tak sie na dluzsza mete po prostu nie da i juz. Dziekuje Bogu za Ciebie bo sprowadzasz mnie na ziemie, nie obiecujesz zlotych gor, nie popuszczasz, nie rezygnujesz z samej siebie bedac wciaz dla mnie i w koncu mimo tego, ze wiem jak Ci na mnie zalezy, nie wchodzisz mi po prostu w d... jak niektorzy. Wiesz, ze w gruncie rzeczy mimo tego, ze sporo sie juz o swiecie dowiedzialem i chyba wiem jak Cie kochac dajac Ci to co najlepsze i to czego potrzebujesz bez zmuszania sie do bycia kims innym, to jednak czasem mam troche nature rozkapryszonego dzieciaka. Wiesz nigdy nie bylem sklonny tak sie otwierac i tak obiektywnie na siebie patrzec, ale gdy slysze jak wyglada Twoje zycie, jak osiagasz male sukcesy kroczek po kroczku, jak potrafisz mnie kochac, jak sprawiasz, ze staje sie po prostu spelniony w milosci (co dla mnie jest najwazniejsze) to wytracasz mi z reki kazdy kamien, ktory z przyjemnoscia cisnalbym w cholere w moich pracodawcow, znajomych (niektorych), nie wiem, w setke innych osob... Uczysz mnie pokory, pewnie nawet nie wiesz, ze to robisz... i przede wszystkim otwierasz mnie na Ciebie, innych ludzi i samego siebie. Dzieki Tobie caly ten zasrany lateks tego swiata opada i zaczynam widziec prawdziwe uczucia, pragnienia, normalne rzeczy, ktore juz dawno stracily dla mnie sens. Wiem, ze ten tekst przypomina zwierzenie samotnego i niekochanego 40latka z problemami i lysina, ale niestety - naleze do tych ludzi, ktorzy odczuwaja cos takiego co sie ladnie nazywa "bolem egzystencji", ew. "syndrom bolesnych narodzin". Oczywiscie zdajesz sobie sprawe, ze Twoje slonko pisze i pisze i jak zawsze literki same mu sie ukladaja, ale sprobuj z tej calej paplaniny wygrzebac to co najwazniejsze - to, ze to TY jestes przyczynkiem do zmian, ktore we mnie zachodza, zmian na lepsze. TY zaczelas nieswiadomie to dzielo i chce zebys TY je dokonczyla i pozniej czerpala z niego jak najwiecej, tylko TY. W zamian dostaniesz moje "arms wide open", szczerosc, milosc i wiare w Ciebie, w to ze idziesz dobra droga, wsparcie. Moze to zadne mecyje, ale to jest najbardziej uczciwa, ludzka milosc na jaka mnie stac. Moze byc lepsza niz inne bo musiala sie przebic przez gruba skorupe tego wszystkiego co przez lata na mnie naroslo, tego wszystkiego co nie pozwalalo jej rozwinac w pelni skrzydel. Twoja milosc jest pierwsza miloscia, ktora poczulem sercem tak mocno, pierwsza, ktorej sie nie boje, ktora bedzie trwac, ktora nie zawiedzie, ktora nada sens, pokrzepi, bedzie rezerwa, kryjowka - NIE UMIEM JUZ BEZ TEJ MILOSCI ZYC - DLATEGO BADZ PRZY MNIE, MOW MI JAK MNIE KOCHASZ, DAWAJ MI SIEBIE KAZDEGO DNIA, BADZ, TRWAJ, a ja przyrzekam, ze do tego czasu bede czlowiekiem z lekkim sercem, umyslem otwartym na wszystko czego nie chcialem przyjac, kims kto da Ci szczescie i bedzie Twoim opiekunem, kims kto sie uodporni na to czego sie boi do tego stopnia, ze sam juz nie bedzie wymagal zadnej opieki. Nie wiem czy ta notka wyjasnia mniej wiecej stan mojego umyslu, moje obawy - wydaje mi sie po prostu, ze calkowicie oderwane od dziecinstwa, chlopiectwa - zastukalo do mnie prawdziwe, twarde zycie i moze odpowiedzialnosc za kogos wiecej niz siebie samego. Boje sie tego, ale czekam na to z utesknieniem bo wiem, ze dzieki Tobie wyjde z tej proby sil zwyciesko - dla mnie, dla Ciebie, dla NAS. Badz, prosze... Zawsze! Tylko tego teraz pragne...

....ja : :
maj 06 2003 hm
Komentarze: 0

nie wiem :P

....ja : :